czwartek, 11 września 2008

Wichura i dęby

Dwa tygodnie temu mocno powiało w Piaskach. Dopiero teraz zobaczyłem jakie były jej skutki, i w jakim stanie znajdują się stare dęby, które uległy sile wiatru. Dęby znajdują się niedaleko wsi,tuż przy wychodzącym z użytkowania, ogrodzonym słabą metalową siatką polu, nazywanym przez miejscowych "Kuzliska". Inne dęby powalone przez wcześniejsze wichury, choć nie tak liczne jak teraz, zostały w miejscu, gdzie upadły. Czy te również pozostaną i zostaną pożywką dla właściwych temu poziomowi flory zwierząt? Jedno z drzew powaliło słabe i stanowiące niewielką przeszkodę dla sprytnych zwierząt ogrodzenie pól.









wtorek, 9 września 2008

Czasownik: "żydzić"

Rozmowa.
- Aj, bo wie pan, ja nie lubię żydów....
- Dlaczego?
-No bo... żydzi żydzą...
Chyba chodziło o to, Żydzi mają być skąpi z natury.
Czy bardziej wartościowa jest otwartość czy milczenie nie wiadomo co skrywające? A właściwie to można domniemywać, że milczenie najczęściej ukrywa strach.

piątek, 29 sierpnia 2008

W poszukiwaniu zielonego liścia

Próbowałem kupić "zielonego liścia" - nalepkę dla początkujących kierowców. Próbowałem: w dziale rejestracji pojazdów nie było - odesłano mnie do sklepu motoryzacyjnego. Tak uśmiechnięty młody człowiek poinformował mnie, że takie "duperele" powinien posiadać sklep z artykułami papierniczymi. Niezrażony dotarłem do niego, ale tam pani zrobiła wielkie oczy, a kiedy spytałem, gdzie można wobec tego coś takiego kupić obsługujący obok klientów mężczyzna bez przekonania skierował mnie do stacji benzynowej... Jeszcze tam nie dotarłem...jeśli mi starczy samozaparcia...

piątek, 18 lipca 2008

Terapia Lodge'a


Żarty są formą ukrytej agresji... Stąd pewnie złośliwość można odnieść do skrywanej frustracji. A każdy inny znak do znaczenia, którego odkrycie wymaga klucza.

Przez trzy czwarte książki męczyłem się lekturą. Byly to wynurzenia o podtekście autobiograficznym, które już odnalazłem wczesniej, choc w późniejszej, napisanej 10 lat po tej, książce “Skazani na ciszę”. Mialem wrażenie, że uczestnicze w tytułowej terapii Lodge’a, przebranego w stój dobiegającego 60-ki autora scenariuszy sit-comów - Laurence’a Passymore’a.

Można rowniez czytac powiesc jako zabawe konwencjami. Cała narracja jest podana w formie spisywanych na bieżąco pamiętnikowych relacji. W drugim rozdziale czytamy relacje o głównym bohaterze spisane jakoby przez osoby zaangażowane w intrygę. Jesteśmy o tym przekonani do trzeciego rozdziału. Dowiadujemy się wowczas, że sprawozdania są częścią terapii Laurence’a Passymore’a. Ciąg dalszy jest przedstawieniem ex memoria historii pierwszej miłości glownego bohatera, Maureen. Jest to ważny punkt opowieści, nawiązuje bowiem do jej finału, w którym dochodzi do spotkania i do pogodzenia się Lawrence'a z Maureen. Czy jednak happy end nie jest konwencja przeniesiona ze scenariuszy średniej jakości seriali? O to wypadałoby zapytać autora lub czytelników tej książki...

Katastroficzna myśl


Coś takiego można zobaczyć na Podlasiu. Ale podobno de gustibus non discutandum est.

wtorek, 15 lipca 2008

Wielki sukces...

No i wyszło skąd pochodzi romans. Oto cytat z biogramu autora ksiażki, Ludovica Halevy'ego, umieszczonego we francuskiej wersji Wikipedii:

"Il est également l'auteur de deux romans, L'Abbé Constantin (1882) et Criquette (1883), qui furent de très grands succès de librairie à la fin du XIXe siècle. En rupture avec la noirceur des romans naturalistes, ils dépeignaient un monde certes réaliste mais où tous les personnages sont bons et vertueux."

Przyznam, że nie bardzo mogłem się tam dopatrzeć realizmu. Może jedynie w tym, że autor wprowadził "egzotycznych", amerykańskich bohaterów. Takie "signum temporis".
To tyle o tym romansie...