Poznałem w budynku uniwesytetu mężczyznę, tłumacza z hiszpańskiego. Pamiętam, że widziałem go kiedyś na uczelnialnym korytarzu dobiegającego do profesor. Łysiejący blondyn po 40-ce.
Chciałem dowiedzieć się czegoś o doświadczeniu tłumacza w relacjach z wydawnictwem i wydaje mi się, że zasugerowałem tę kwestię w pierwszym lub drugim zdaniu. Tymczasem było zupełnie inaczej.
Zaczął wymieniać autorów hiszpańskich opisujących społeczeństwa Ameryki Południowej i Środkowej. Mówił o zaletach społeczeństw Ameryki Łacińskiej: główną jest métissage, czyli rasowy, kulturowy melanż. Ma on wytwarzać szczególnie sprzyjające warunki do adaptacji do nowych warunków. Cóż miały oznaczać owe nowe warunki? Dotyczyły one postulowanej wielopłaszczyznowej współpracy między Unią Europejską a państwami Ameryki Łacińskiej. Współpracy, ktorej rezultatem miałoby być powstanie nowej unii. Społeczeństwa Nowego Świata mają bowiem być zafascynowane europejską kulturą, mają być chłonni wiedzy i ma je cechować zaufanie do Europejczyków. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych.
Zarysowała się następnie linia konfliktu: Ameryki Łacińskiej do Stanów Zjednoczonych, nastawionych do ekonomicznej eksploatacji, “nas” do Europy Zachodniej. Anglicy, Francuzi, w przeciwieństwie do radosnych, otwartych na dyskusję Włochów, Hiszpanów, Greków, są oziębli, mało zainteresowani innymi, a jeśli tak to dopóty, dopuki mają jakiś interes.
Chwilę potem - a rozmówca kontynuował swoje wywody na temat iberyjskiej tradycji debat, o prawach człowieka etc. - zdałem sobie sprawę, że istnieje pewien związek między tym co przed chwilą usłyszałem, a moim, potwierdzonym przez kilka inych osób, a wypowiadanym wielokrotnie, negatywnym doświadczeniem w kontaktach z Francuzami.
Nie tworzyłem koncepcji politycznych, nie waloryzowałem ras, podkreślałem jednak negatywne elementy w komunikacji. W związku z tym co usłyszałem pozostał we mnie niepokój wiążący się z czymś co nazwałbym “projekcją” pokazującą jak może się ewoluować dalsze trwanie w pewnym przekonaniu. Osoba, obracająca się w grupie lokalnej inteligencji, tworzy i aktywnie promuje - w męczącym monologu - dwubiegunowy obraz relacji i postuluje nierealny sojusz gospodarczo-polityczny. A przy tym robi to nie pytana by wyjść po dłuższej chwili.
80/20% na niekorzyść - a 100% stanowi zbiór “mojego doświadczenia” - nie usprawiedliwia w trwaniu w pewnym przekonaniu, lecz brak nowych kontaktów nie stwarza okazji do zmiany poglądu. Dlatego ważne jest podkreślanie subiektywności pewnych wniosków i kontekstu środowiskowym, w jakim one powstały.
Iberoamerykańska tradycja debat, o jakiem mówił tłumacz, a jaką sam świadomie zaprezentował, troszeczkę mnie przeraziła. Nie ma w niej problematyzowania, nie ma dochodzenia do konkluzji przez argumenty, nie ma końcowej konkluzji. Nie ma też modelu, który zaczyna się od konkluzji. Nie zachwyca mnie udział w spotkaniach z takim słowotokiem.
sobota, 1 września 2007
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Powitanie
Powrót na 3-letnie śmieci frustruje. Jak się widzi osoby, które nie mają odrobiny taktu i zamiast powitania wchodzą w kontakt ze słowami - oczywiście wypowiadanymi w konwencji swoistego "żartu" - a pan to w sierpniu nie mieszka w 216.
Nie potrafię wpisać się w ich logikę. Uznaję to za idiotyzm. A może to tylko czyjaś frustracja? Tymczasem ja się sfrustrowałem po tym fakcie.
Nie potrafię wpisać się w ich logikę. Uznaję to za idiotyzm. A może to tylko czyjaś frustracja? Tymczasem ja się sfrustrowałem po tym fakcie.
środa, 22 sierpnia 2007
wtorek, 21 sierpnia 2007
Granice obrony koniecznej
Wczoraj ok. 9ej pojawił się jakiś pan, z kategorii dobrze usytuowanych mieszkańców bloku, lecz nieco młodszy od pozostałych, czyli ok. 60-ki. Okazało się, że studzienka odpływowa jest zatkana, a co więcej to my mieliśmy ją zatkać gipsem.
Nasza wina była w połowie - w ćwierci pana Mirka, w ćwierci moja - a w połowie wynikała z dotychczasowego stanu udrożnienia studzienki. Dwie inne studzienki były w podobnym stanie, tj. pełne piasku i na granicy przepuszczalności wody. Warte uwagi było jednak co innego.
Sposób dyskusji pana Mirka był elastyczny. Najpierw minimalizował skutki wlewania gipsu do studzienki. Potem, ponieważ nie było innej możliwości jak pójście na miejsce czynu, gdy zaczeliśmy badać metalowym prętem jaki jest stan drożności kanału, inwestor dalej perorował z intruzem. Argumentem na naszą obronę była obecność piasku. Ale inwstor zmienił plan działania: stwierdził, że tacy fachowcy jak my nie mogliśmy popełnić czegoś tak głupiego. Wlewaliśmy popłuczyny, ale nie stwardniały gips. - Czy pan ma 16 lat? Czy oni także mają po 16 lat? - ironicznie i retorycznie zapytał interweniujący. Chyba nie rozumieli co jest obiektem rozważań: w ogóle wlewanie popłuczyn czy wrzucanie gipsu. Obydwaj patrzyli sobie prosto w oczy jak rewolwerowcy przed oddaniem strzału. - Oczywiście, że nie - odparł pan Mirek poddając nieskuteczny argument. Ale szybko spróbował innej metody obrony i to właśnie ona skłoniła mnie do tego, aby opisać całe wydarzenie.
Czy pan ma mieszkanie w tym bloku - zapytał. Nieco zbity z tropu intereweniujący rzekł z ociąganiem, że tak. To był punkt zwrotny w całej rozmowie. - Tu wybija co jakiś czas i nazwijmy rzecz po imieniu, chodzi o gówno. To wina konstrukcji studzienek odpływowych. Firma je zakładająca spartoliła robotę - ciągnął jak maszyna inwestor. - I wie pan. To będzie się powtarzało - niczym przepowiednie plag głosił pan Mirek. - Nie tak dawno jednemu wylało i chodził po kostki, no wie pan w czym... a wszystko przez konstrukcję studzienek. Nie ma rady - podsumowywał. - Panowie, to wlejcie do otworu wody. Trzeba zobaczyć czy niedrożność da się usunąć. No i usuńcie w ten sposób resztki gipsu, tak aby sprowadzeni do naprawy usterki pracownicy nie spostrzegli waszego udziału - nie dawał za wygraną. Przyniosłem pół wiadra wody. Wlałem i woda przerwała niedrożność. Wyszliśmy z garażów.
- Tacy jak on czepiają się bez potrzeby - skwitował kilka godzin później, lecz o wiele bardziej dosadnie, pan Mirek. Okazało się, że przyczyną wizyty tego pana była nie jakaś szkoda, lecz ślady gipsu na posadzce, wokół studzienki. A nasz inwestor był przekonany, że broni siebie i swojego czynu, lecz wskazałem, że ja też “dolewałem oliwy do ognia”. Lecz czy miało to jednak znaczenie w ogólnym rozrachunku?
Skuteczną okazała sie taktyka przeniesienia winy na bardziej ogólny i tradycyjny motyw: winny jest system, którego reprezentantami są robotnicy budowlani i ich firma. Poszliśmy do swoich obowiązków.
Nasza wina była w połowie - w ćwierci pana Mirka, w ćwierci moja - a w połowie wynikała z dotychczasowego stanu udrożnienia studzienki. Dwie inne studzienki były w podobnym stanie, tj. pełne piasku i na granicy przepuszczalności wody. Warte uwagi było jednak co innego.
Sposób dyskusji pana Mirka był elastyczny. Najpierw minimalizował skutki wlewania gipsu do studzienki. Potem, ponieważ nie było innej możliwości jak pójście na miejsce czynu, gdy zaczeliśmy badać metalowym prętem jaki jest stan drożności kanału, inwestor dalej perorował z intruzem. Argumentem na naszą obronę była obecność piasku. Ale inwstor zmienił plan działania: stwierdził, że tacy fachowcy jak my nie mogliśmy popełnić czegoś tak głupiego. Wlewaliśmy popłuczyny, ale nie stwardniały gips. - Czy pan ma 16 lat? Czy oni także mają po 16 lat? - ironicznie i retorycznie zapytał interweniujący. Chyba nie rozumieli co jest obiektem rozważań: w ogóle wlewanie popłuczyn czy wrzucanie gipsu. Obydwaj patrzyli sobie prosto w oczy jak rewolwerowcy przed oddaniem strzału. - Oczywiście, że nie - odparł pan Mirek poddając nieskuteczny argument. Ale szybko spróbował innej metody obrony i to właśnie ona skłoniła mnie do tego, aby opisać całe wydarzenie.
Czy pan ma mieszkanie w tym bloku - zapytał. Nieco zbity z tropu intereweniujący rzekł z ociąganiem, że tak. To był punkt zwrotny w całej rozmowie. - Tu wybija co jakiś czas i nazwijmy rzecz po imieniu, chodzi o gówno. To wina konstrukcji studzienek odpływowych. Firma je zakładająca spartoliła robotę - ciągnął jak maszyna inwestor. - I wie pan. To będzie się powtarzało - niczym przepowiednie plag głosił pan Mirek. - Nie tak dawno jednemu wylało i chodził po kostki, no wie pan w czym... a wszystko przez konstrukcję studzienek. Nie ma rady - podsumowywał. - Panowie, to wlejcie do otworu wody. Trzeba zobaczyć czy niedrożność da się usunąć. No i usuńcie w ten sposób resztki gipsu, tak aby sprowadzeni do naprawy usterki pracownicy nie spostrzegli waszego udziału - nie dawał za wygraną. Przyniosłem pół wiadra wody. Wlałem i woda przerwała niedrożność. Wyszliśmy z garażów.
- Tacy jak on czepiają się bez potrzeby - skwitował kilka godzin później, lecz o wiele bardziej dosadnie, pan Mirek. Okazało się, że przyczyną wizyty tego pana była nie jakaś szkoda, lecz ślady gipsu na posadzce, wokół studzienki. A nasz inwestor był przekonany, że broni siebie i swojego czynu, lecz wskazałem, że ja też “dolewałem oliwy do ognia”. Lecz czy miało to jednak znaczenie w ogólnym rozrachunku?
Skuteczną okazała sie taktyka przeniesienia winy na bardziej ogólny i tradycyjny motyw: winny jest system, którego reprezentantami są robotnicy budowlani i ich firma. Poszliśmy do swoich obowiązków.
środa, 15 sierpnia 2007
Hotspot na Malmeda
wtorek, 14 sierpnia 2007
Życie w złotym wieku
Stoję w 5-minutowej kolejce w aptece na ul. Lipowej. Mam do wykupienia receptę na leki przepisane przez alergologa. Towarzyszy mi obawa, że wydam w całości otrzymaną dziś 100-złotową zaliczkę.
Za mną pojawiają się jeden po drugim dwaj starsi panowie. Gdy jeden odchodzi do sąsiedniego okienka, pojawia się drugi. Nie przyglądam mu się specjalnie, aż do momentu gdy niespodziewanie wyrywa się przede mnie i zwraca się do stojącej akurat po drugiej stronie okienka młodej i ładnej sprzedawczyni. - Czy jest viagra - pyta rezolutnie. - Tak odpowiada dziewczyna - ale na receptę. - Oczywiście, że na receptę - ripostuje, ale bez irytacji dziadek. I spowrotem ustawia się za mną.
Jest dobrze po 60-ce. Szare pantofle, takie same garniturowe spodnie na kant i sportowa koszula, podobna do polo, ale znacznie szersza. Na wysokim czole przeciwsłoneczne okulary.
Kolejka się nie rusza. A dziadek zaczyna się wiercić i przebierać nogami. Ale tylko tak okazuje zniecierpliwienie. Tymczasem przy drugim okienku stoi kobieta, a za nią mężczyzna. Obydwoje po 70-ce. Ona, elegancko ubrana w letnią kolorową sukienkę zwraca uwagę intensywnym bronzem fryzury, on, o lasce, w zwyczajowych spodniach z materiału, jakby wyszedł z mieszkania specjalnie po leki. - Jak się miewa pani mąż. Dawno go nie widziałem - zagaduje mężczyzna. - A, wie pan, on o 6-ciu lat już nie wychodzi na podwórko. Porusza się po mieszkaniu wózkiem - odpowiada kobieta. - O widzi pan, zaraz wydam 300 zł na leki. Ale cieszę się, że jest. To najważniejsze - dopowiada refleksyjnie.
Gdy odebrałem swoje leki i z ciężkim sercem zapłaciłem moje 50 zł, przez chwilę ociągałem się by zobaczyć jak obsługiwany jest dziadek od viagry. Podał receptę, trochę po partyzancku, ukratkiem, ale zaraz potem zapytał czy dostanie 10% upustu. A po chwili przemówiło przez niego doświadczenie kupującego: - Tylko proszę bez ulotek.
Powoli wyszedłem na ulicę.
Za mną pojawiają się jeden po drugim dwaj starsi panowie. Gdy jeden odchodzi do sąsiedniego okienka, pojawia się drugi. Nie przyglądam mu się specjalnie, aż do momentu gdy niespodziewanie wyrywa się przede mnie i zwraca się do stojącej akurat po drugiej stronie okienka młodej i ładnej sprzedawczyni. - Czy jest viagra - pyta rezolutnie. - Tak odpowiada dziewczyna - ale na receptę. - Oczywiście, że na receptę - ripostuje, ale bez irytacji dziadek. I spowrotem ustawia się za mną.
Jest dobrze po 60-ce. Szare pantofle, takie same garniturowe spodnie na kant i sportowa koszula, podobna do polo, ale znacznie szersza. Na wysokim czole przeciwsłoneczne okulary.
Kolejka się nie rusza. A dziadek zaczyna się wiercić i przebierać nogami. Ale tylko tak okazuje zniecierpliwienie. Tymczasem przy drugim okienku stoi kobieta, a za nią mężczyzna. Obydwoje po 70-ce. Ona, elegancko ubrana w letnią kolorową sukienkę zwraca uwagę intensywnym bronzem fryzury, on, o lasce, w zwyczajowych spodniach z materiału, jakby wyszedł z mieszkania specjalnie po leki. - Jak się miewa pani mąż. Dawno go nie widziałem - zagaduje mężczyzna. - A, wie pan, on o 6-ciu lat już nie wychodzi na podwórko. Porusza się po mieszkaniu wózkiem - odpowiada kobieta. - O widzi pan, zaraz wydam 300 zł na leki. Ale cieszę się, że jest. To najważniejsze - dopowiada refleksyjnie.
Gdy odebrałem swoje leki i z ciężkim sercem zapłaciłem moje 50 zł, przez chwilę ociągałem się by zobaczyć jak obsługiwany jest dziadek od viagry. Podał receptę, trochę po partyzancku, ukratkiem, ale zaraz potem zapytał czy dostanie 10% upustu. A po chwili przemówiło przez niego doświadczenie kupującego: - Tylko proszę bez ulotek.
Powoli wyszedłem na ulicę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)